Dzięki „powozom bez koni” setki, a nawet tysiące kilometrów przestały być dystansem nie do pokonania. Przeciętny kierowca inaczej patrzy na podróżowanie niż jego pradziad, skazany na pieszą lub konną wędrówkę. Samochody wożą nas i towary, niosą pomoc, dostarczają rozrywki.
Jednak pierwsze skojarzenia związane z samochodem dotyczą psychiki. Wielu z nas patrzy na auta przez pryzmat emocji. „Podoba mi się czy nie?” „Czy go polubię?” – oto pierwsze pytania, które zadają sobie klienci salonów motoryzacyjnych.
„Brum, brum” – to jedne z pierwszych słów, które wypowiadają mali chłopcy. Jeszcze nie rozumieją otaczającego ich świata, ale podświadomie czują, że ten przedmiot na kółkach będzie bardzo ważny w ich dorosłym życiu.
Czy sympatia do milutkiego, kolorowego autka – zabawki zawsze przekształca się w miłość do kopcącego i kosztownego stalowego potwora?
Historia lubi się powtarzać – ta prawda idealnie pasuje do burzliwych dziejów uczucia, które na zawsze połączyła człowieka i automobil.
Sprężyna dziejów
Opowieść zaczyna się w 1498 roku, kiedy to Leonardo Da Vinci zaprojektował pierwszy „samochód”: pojazd, który miał się poruszać bez użycia mięśni (tyle tylko, że przed podróżą trzeba było nakręcić wielką sprężynę). Mistrz nigdy nie zbudował swojego concept – cara. Jak w dziecinnym świecie marzenia o samochodzie wypiera prymitywny trójkołowy rowerek, tak wizja Leonarda przegrała z furami ciągniętymi przez konie.
W 1769 roku ludzkość otrzymała wreszcie pierwsze kluczyki do pojazdu napędzanego silnikiem. Może nieco za wcześnie… Podczas publicznej jazdy próbnej kierowca trzykołowego traktora stracił panowanie nad maszyną i uderzył w mur. Produkcji ciągnika nie podjęto. Nie ma się czemu dziwić – taki finał zniechęciłby każdego początkującego kierowcę.
Dopiero czterosuwowy silnik (stosowany do dziś), opatentowany w 1874 roku przez niemieckiego inżyniera Nicolasa Otta, poruszył zardzewiałą sprężynę motoryzacyjnej namiętności. Odtąd już nic nie miało być takie jak wcześniej.
Diabelska machina
Drewniane karoserie buchające dymem i warczących automobili fascynowały, podniecały i pobudzały wyobraźnię. O przejażdżce autem marzyły wszystkie damy. W sercach dżentelmenów zrodziło się nowe pragnienie – chęć posiadania „zaprzęgu ciągniętego przez mechaniczne rumaki”.
Mieszkańcy miast natychmiast połknęli bakcyla automobilizmu, ale na prowincji maszyny wzbudzały zabobonny strach. Samochód jawił się tam jako przejaw piekielnej siły, dymiące i cuchnące siarką dzieło szatana. Francuska prasa z 1887 roku grzmiała: „…Gdy powożący spalinowym zaprzęgiem przemierza trakty wiodące z dala od miast, winien mieć się na baczności. Na widok automobilu lud nieoświecony może bowiem za widły lub inne narzędzia służące pracy boskiej chwycić…”
Także Gottlieb Daimler i Karl Maybach nie uniknęli przygód. W 1886 roku, po jazdach autem napędzanych pierwszym silnikiem spalinowym, przestrzegali przed reakcjami woźniców, którzy czynili znak krzyża i… wymierzali razy batem.
Globalne zauroczenie
„Od stu lat kochamy się w samochodach” – brzmi reklamowe hasło Forda. Od czasów wyprodukowania legendarnego Forda T i wprowadzenia w 1919 roku kredytów, auta podbiły serca ludzi.
Gdyby w tym okresie powstawała „Kamasutra”, z pewnością zawierałaby rozdział poświęcony motoryzacji. Mężczyźni zaczęli pieścić chromowane zderzaki limuzyn czulej niż swoje żony, a kobiety, opisując swojego kochanka, zamiast o kolorze oczu opowiadały o odcieniu lakieru jego pojazdu.
Po II wojnie światowej mówiono, że amerykańska młodzież patrzy na świat znad kierownicy. Najlepszym interesem stały się samochodowe kina i restauracje. Ludzie „kochali się w samochodach” dosłownie i w przenośni. „W dobie krążowników szos, większość młodych Amerykanek traciła dziewictwo na tylnych siedzeniach Cadillaców” – pisał John Bearming na łamach „Timesa”.
Małżeństwo z rozsądku
Dziś po latach – najpierw zauroczenia, a potem udanego pożycia – kochamy samochody nieco inną miłością. Zrównoważoną, spokojną, dojrzałą.
Kilometrowe korki, rosnące ceny benzyny, kradzieże, koszty ubezpieczeń – i czar pryska. Kochany i pożądany samochód zmienia się wtedy w źródło stresów. I dlatego, choć motoryzacja wciąż budzi pozytywne emocje, największa radość z faktu posiadania samochodu towarzyszy nam dwa razy: najpierw, gdy go kupujemy, potem, gdy udaje się go sprzedać.
Nasz ponad stuletni romans z samochodem – a właściwie małżeństwo na dobre i na złe – jest dokładnie taki sam, jak nasze związki z… ludźmi. Zaczyna się od dziecięcego zachwytu, przechodzi przez fazę młodzieńczej fascynacji, z czasem powszednieje, by odrodzić się jako żarliwe uczucie.





Liczba komentarzy dla " Kochane samochody ": 2
Przejdź do komantarzy rss lub skorzystaj z odnośnikaBędę brała Cię w aucie
betty rozbroiłaś mnie tym stwierdzeniem
Nie kuś
Skomentuj wpis